• Agnieszka Zasacka

Bez kar i nagród. Czyli jak?

Zaktualizowano: maj 18

Wolność i dyscyplina, to dwie strony medalu


Temat kar i nagród w grupie rodziców i nauczycieli jest żywy, gorący i wciąż nurtujący. Nic dziwnego ponieważ w procesie wychowania to temat bardzo szeroki i tak stary, jak człowiek. W dzisiejszym świecie rodzicowi nie łatwo przebrnąć przez różnorodne teorie, pedagogiczne nauki i poglądy autorytetów.

Karać? Nagradzać?

W historii wychowania pomysłów na stosowanie kar i nagród było już bardzo wiele. Modna już była teoria, żeby karać i nagradzać „dla dobra dziecka”. Nie karać. Nagradzać. Wzmacniać. Wychowywać bezstresowo. Ale co to dokładnie znaczy?


Tę złożoność widać także na poziomie definiowania samych pojęć. Warto przed wyrobieniem sobie zdania na ten temat, poświęcić chwilę i spojrzeć na wszystkie aspekty kar, nagród i konsekwencji.

W literaturze popularnonaukowej kata, to dolegliwość wymierzona jako sankcja za przewinienie. „(…)W literaturze psychologicznej pojęcia zadowolenia i przykrości określane są jako nagrody i kary. Z psychologicznego punktu widzenia karę można zdefiniować jako dostarczenie nieprzyjemnego bodźca (np. nagany, oceny) lub usunięcie bodźca przyjemnego (np. zakaz oglądania telewizji) po nieodpowiedniej reakcji. Tak jak wzmocnienie w postaci nagrody (np. pochwały, wysokiej oceny, otrzymanie cukierka, uśmiechu mamy).” ¹


Tak więc celem stosowania kary jest dostarczenie drugiej osobie nieprzyjemnego bodźca, po to, aby w przyszłości zaniechała niepożądanego zachowania np.: „Masz szlaban na wychodzenie z domu.”, „Za karę idź do kąta.”). Albo odbieranie komuś przywileju np. „W sobotę zamiast iść do kolegi, zostaniesz w domu.”

W przypadku kar często działamy pod wpływem emocji. Otóż kara nie ma związku logicznego z działaniem, po którym następuje, a nawet potrafi być odroczona w czasie. „Jak tylko wrócimy do domu, to dopiero zobaczysz.” Uderzenie siostry przecież nie ma dla dziecka związku z zakazem oglądania ulubionej bajki. W efekcie dzieci nie rozumieją kary. W tym tkwi cały szkopuł, bo prawda jest taka, że w przypadku kar w dzieciach nie rodzi się przekonanie, że nie należy postępować tak czy inaczej, lecz strach przed karą, albo co gorsza przed karzącym rodzicem. Kary uczą tego, jak kombinować i jak nie zostać przyłapanym. Wywołują poczucie krzywdy, rodzą gniew, opór, a nawet chęć odwetu.

Oczywiście kary i nagrody działają. Ba. Nawet zadziałają we względnie krótkim interwale czasu. Dlaczego tak jest? Ponieważ odnoszą się do najprostszych bodźców i reakcji ludzkiego organizmu, czyli strachu, wstydu, lęku. Badania naukowe pokazują, że nie potrzeba wielu prób, żeby szczur nauczył się omijać przeszkody, chcąc uniknąć awersyjnych bodźców w postaci impulsu elektrycznego. Dość szybko nauczy się jak przechodzić labirynt, żeby uniknąć „kary”.

Tylko, czy o to nam chodzi w przypadku wychowywania dzieci?

A zatem podsumujmy to, co wszyscy już wiedzą. Kary zadziałają, a ludzie na nie zareagują. Ale co się stanie, jeśli owej kary zabraknie? Czy to oznacza, że już zawsze rodzic będzie przybierał postawę karzącego? Czy zawsze będzie musiał pilnować umycia zębów?

No właśnie. Motywacja zewnętrzna, wyuczona w drodze wychowywania między karą a nagrodą opadnie szybciej, niż została utrwalona w procesie uczenia się. Mało sprawiedliwe, mało skuteczne, a w dodatku przynosząca więcej krzywdy, niż pożytku. To psychologowie, pedagodzy i rodzice wiedzą już od dawna. Karom i nagrodom mówimy nie.


I tutaj pojawia się największa pułapka dla dzisiejszego rodzica. Tego, który zagubił się pomiędzy różnymi modelami wychowania, między różnymi teoriami, pomiędzy karą, a konsekwencją. Wie, że kary są złe, ale co w zamian? Bez kar, czyli jak?


Jako rodzice chcielibyśmy, aby nasze pociechy były zdrowe, bezpieczne i szczęśliwe, a przy tym wyrosły na świadomych, szczęśliwych, pogodzonych ze sobą dorosłych. Myślą tak zarówno zwolennicy kija i marchewki, jak i ci rodzice, którzy uważają, że można wychować człowieka bez kar i nagród.


Ale zatem czy jest możliwe i pożyteczne, by stworzyć bezstresowe otoczenia dla dziecka? Takie, w którym nie doświadcza ono konsekwencji swoich wyborów ani decyzji?


W historii wychowania pojawiła się w pewnym momencie teoria wychowania bezstresowego, dziś krytykowana, w swoim czasie przeżywająca rozkwit. Charakterystyczna dla tego nurtu antypedagogika, kładła nacisk na wolność do samodecydowania dziecka o sobie, a nawet wychowanie pajdocentryczne, a wszelkie ingerencje ze strony dorosłego były źle widziane.


Prawda jest taka, że trudno byłoby nam żyć bez innych ludzi, poza społeczeństwem. Wzajemne relacje międzyludzkie, sam rozwój i każda zmiana z nim związana niesie ze sobą napięcia i niepewność, a więc z założenia nie da się bezstresowo wychować dziecka. I choć tak bardzo obawiamy się tego, że nasze dziecko przeżywa smutek, żal, złość, rozgoryczenie, to prawidłowe wzorce zachowania i doświadczanie prawdziwego życia jest punktem wyjścia do rozwinięcia prawidłowych interakcji, stabilności emocjonalno-psychicznej w życiu dorosłym.


„Maria Montessori dzięki swoim obserwacjom odkryła, że aby dziecko rozwijało się fizycznie, intelektualnie i społecznie, musi być wolne, wolnością osiągniętą dzięki własnemu porządkowi, wewnętrznej samodyscyplinie i samoregulacji.”² Dokładnie tak. Samoregulacji. Pojęcie, którego używała ponad sto lat temu, dziś w XXI wieku jest modne, pożądane i na czasie. Dlaczego?

Ponieważ samoregulacja stanowi o dojrzałości człowieka, o jego autentycznej gotowości do podejmowania decyzji, wyborów, ryzyka i bycia w tym konsekwentnym nie dlatego, że obawia się kar, czy łaknie nagrody, lecz dlatego, że tak czuje, rozumie i jest na to gotowe.


Dziecko poniżej szóstego roku życia znajduje się w okresie uczenia się komunikacji z innymi, twórczego i abstrakcyjnego myślenia, koncentracji, skupiania uwagi, rozwija swoje kompetencje, poznając siebie w grupie społecznej, rozwiązywania problemów oraz rozwijania gotowości do nauki, która ma trwać całe życie. Dziecko potrzebuje rozumieć granice i uczyć się przestrzegać. Osoby dorosłe ze schematami uszkodzonych granic cechują: nieadekwatne granice, brak poczucia odpowiedzialności, mała tolerancja na frustrację. Osoby te mają trudności z wyznaczaniem realistycznych celów długoterminowych oraz ze współpracą z innymi ludźmi. (Na podstawie książki Konteksturalna terapia schematów)

Dlatego tak ważne są efekty długofalowe, rozumiane, płynące z wewnątrz, a nie zachowania w reakcjach uwarunkowane na obecność bodźca z zewnątrz.

Czym zatem zastąpić kary i nagrody, żeby poprowadzić dziecko ku świadomym i coraz bardziej dojrzałym decyzjom i wyborom?

W pedagogice Montessori ważnym i stałym elementem w relacji dziecko-dorosły, dziecko-otoczenie są konsekwencje. Zarówno naturalne, jak społeczne. I tutaj zaczynają się schody.

Ponieważ naturalne konsekwencje, takie, jak upadłeś, boli cię kolano, przychodzą nam łatwo. Łatwo je racjonalizować. Trudniejszy jest spór o to, czy jakieś działanie jest karą, czy konsekwencją. Czym zatem są konsekwencje? I jak je odróżnić od kar?

Idąc za definicją ze słownika języka polskiego, konsekwencja, to następstwo, rezultat czegoś. Logiczna ciągłość w działaniu, wytrwałość w dążeniu do czegoś. Konsekwencje są logicznym następstwem jakiegoś działania, jego naturalnym wynikiem. Dotyczą naturalnych oddziaływań. Jeśli wyleję wodę na bluzkę, ta będzie morka. Jeśli nie założę kurtki, zmarznę, albo się przeziębię. Natomiast konsekwencje, o czym nie rzadko nie chcemy pamiętać, w pierwotnym odruchu chęci ochronienia swojego dziecka przed doświadczaniem przykrych konsekwencji, to także konsekwencje, które dotyczą aspektów społecznych, takich, jak wcześniej ustalonych zasad, umów, ustaleń, czy dotykania granic innego człowieka. Są to konsekwencje logiczne. W takich sytuacjach konsekwencji wymaga od nas i egzekwuje nie sama natura, lecz osoby z naszego otoczenia, społeczeństwo. Jeśli robię komuś przykrość, ten ktoś nie chce w mojej obecności przebywać. Jeśli spowoduję uszkodzenie czyjegoś mienia, mam obowiązek naprawić wyrządzoną szkodę lub zadośćuczynić. Czy mi się to podoba, czy też nie. Ponieważ moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Ponoszę konsekwencje swojego działania czy wyborów.

Konsekwencje logiczne wskazują dziecku, że inni sobie czegoś nie życzą. Pokazują, czego nie robić albo w jaki sposób się zachować w stosunku do innych osób, żeby im nie przeszkadzać, nie czynić krzywdy. Dają dziecku poczucie bezpieczeństwa, uczą odpowiedzialności za obowiązki, dane słowo, umowę, działanie, czy zachowanie.

Dam przykład. Dziecko nie posprzątało zabawek i chce oglądać bajkę. W domu panuje zasada, że zabawki, którymi się bawiliśmy, powinny być posprzątane przed oglądaniem telewizji. Kara nie ma związku z zachowaniem. Karą jest zatem postawa "Nie posprzątasz, idziesz do kąta". "Nie posprzątasz, nie oglądasz." Konsekwencja logiczna natomiast w związku z przyjętą wcześniej umową, oczywiście zakładamy, że dziecko jest w wieku, w którym jest w stanie zrozumieć tę umowę, kiedy dziecko nie ogląda bajki, dopóki nie posprząta zabawek. Ważne, aby konsekwencje były adekwatne zarówno do działania, jak i do wieku oraz możliwości dziecka. Powinny dotyczyć konkretnej, ustalonej i zrozumiałej sytuacji. Dziecko, tak jak każdy dorosły człowiek, ma prawo znać reguły i ustalenia. Żeby dziecko dostrzegało logiczny związek między działaniem, a konsekwencją. Warto przypominać o konsekwencjach i uprzedzać dziecko przed ich zastosowaniem.

Należy przy tym pamiętać, że uczenie zasad, reguł, tak, jak przestrzegania granic jest prawem. Przywilejem rodzica, czy nauczyciela, który ucząc chroni dziecko przed przykrymi konsekwencjami w mniej wspierającym i empatycznym świecie, niż dom i rodzina. Dlatego mamy cały wachlarz możliwości wsparcia dziecka w uczeniu się. Przede wszystkim dajemy zrozumienie dla emocji, trudnych doświadczeń, w związku z wyborem czy zaistniałą sytuacją. Nigdy nie oceniamy osoby, odnosimy się tylko do działania. Patrzymy na sytuację z empatią. Proponujemy pomoc w realizacji umowy, czy przestrzeganiu granic. Sami to robimy. Tak samo przestrzegamy umówionych zasad.



Czego nie uczą kary i nagrody, ale uczą konsekwencje? Samodyscypliny. Odpowiedzialności. Dają narzędzie, dzięki któremu czujemy, że możemy decydować.

„(…) W filozofii Montessori dyscypliną nazywa się umiejętność dostosowania swojego zachowania do otoczenia niezależnie od wpływów z zewnątrz, a jedynie na skutek własnej oceny sytuacji (samodyscyplina). Takiej umiejętności nie da się nabyć poprzez naciski, żądania i pochwały osób z zewnątrz. Dyscyplinę można osiągnąć wyłącznie pośrednio, przez pracę o wyjątkowej wartości dla dziecka. Dlatego w klasie Montessori nie stosuje się kar i nagród, stwarza się natomiast dziecku jak najwięcej okazji do postępowania zgodnie z regułami moralnymi i kulturowymi, aby mogło ono jak najczęściej „praktykować” akceptowane postępowanie.” „Dzieci kochają dorosłych; tak powinniśmy na nie patrzeć” – pisała Maria Montessori.³

Jeśli dzieci ufają dorosłym znaczącym, chcą podążać za nimi. Przyjmują zasady, które Ci dorośli im proponują, ponieważ nigdy nie zostały oszukane. Nie zawiodły się na dorosłych. Ufają, że zasady, które dorośli im proponują, pozwolą im być wolnymi w swoich wyborach. Wówczas dzieje się naturalny, piękny proces wychowywania człowieka w poszanowaniu zarówno jego wyborów, jak tempa rozwoju i indywidualności.

To, co może przeszkadzać w procesie wychowywania naszego dziecka przez innych dorosłych, to brak zaufania rodzica do decyzji i wyborów podejmowanych np. przez nauczycieli lub odmienne postrzeganie przyjaznego otoczenia i związanego z nim bezpieczeństwa dziecka, czasami nieznajomość psychologii rozwojowej dziecka, zagubienie między pojęciami kar i konsekwencji. A zagubiony rodzic, to zagubione dziecko.

Wolność i dyscyplina w klasie montessoriańskiej

Wolność to jeden z najważniejszych aspektów programu Montessori. W programie Montessori dziecko nie uczy się jedynie faktów i pojęć. Celem dorosłych i przygotowanego otoczenia jest pomoc dziecku zrozumieć i pokochać proces całkowitej koncentracji na konkretnej czynności i stawianie czoła wyzwaniom z niej wynikającym. Zajmuje je najbardziej to, po co sięgnął samodzielnie. Dzieci pragną samostanowić o sobie.

W pedagogice Montessori dzieci poruszają się po sali swobodnie, pracują samodzielnie, z dorosłym lub w grupie. Samodzielnie wybierają materiał określają czas, w jakim będą pracowały danego dnia i jeżeli tylko nikomu nie przeszkadzają, nie niszczą materiałów i odkładają wszystko na miejsce po skończonej pracy, są wolne w swoich wyborach.

Dziecko może mieć w danym momencie tyle wolności, ile jest w stanie udźwignąć. Im mniejsze dzieci, dawane im wybory są ograniczone.

Chociaż dzieci montessoriańskie mają zapewnioną dużo większą swobodę w podążaniu za interesującymi je tematami, niż ich rówieśnicy w szkołach konwencjonalnych, to wolność ta nie jest całkowita. W każdym społeczeństwie istnieją pewne kulturowe normy, tak jak oczekiwania, co uczeń w danym wieku powinien wiedzieć i potrafić zrobić.

Czy dziecko ma prawo decydować o tym czy będzie się uczyć, czy nie? Nie. Tak samo, jak nie może decydować o innych rzeczach dopóty, dopóki nie skończy 18 roku życia. Może natomiast zadecydować, czy wykona swoje zadania teraz, czy za chwilę. Może zrobić sobie jedną, dwie, a nawet trzy przerwy, ale konsekwencją tego będzie to, że nie wyrobi się ze swoimi zadaniami do czasu, kiedy inni skończą i wyjdą na swoją przerwę w innym czasie. Oczywiście, że zawsze w pobliżu jest dorosły, który czuwa i przypomina dziecku o tym, że jego obecny wybór może okazać się ryzykowny. Kroki, jakie podejmują nauczyciele montessoriańscy zawsze powinny być adekwatne do wieku i rozwoju emocjonalnego dziecka. Dlatego w programach młodszych do każdego dziecka jest inny kod dostępu. Inne oddziaływania i inne podejście. W starszym wieku szkolnym rozwojowe jest przywiązanie do zasad w społeczności. Równości, równego traktowania. Rozmów o wyborach, zasadach. To czas, kiedy dziecko uczy się swojej roli w grupie społecznej i wpływu na innych. Odbierając dzieciom prawo do tego, odbieramy prawo naturalnego rozwoju.

Nie rzadko spotykam się z postawą ogromnej chęci ochrony dziecka przed całym światem. Niezwykłą potrzebą usuwania wyzwań, rozwiązywania za dziecko konfliktów, obwiniania innych za jego porażki, czy silne emocje. A prawda jest taka, że nie przeżyjemy życia za nasze dziecko. Z własnymi emocjami możemy pracować tylko my i tylko osobiście. Im szybciej zrozumiemy mechanizm naszego reagowania na zachowania, sytuacje, tym szybciej zaczniemy mieć wpływ na to, co i jak przeżywamy.

Najlepszą ochroną dla naszego dziecka jest danie mu akceptacji, szacunku i niesienie pomocy w uczeniu się tego, jak w tym świecie funkcjonować, by zadbać o siebie, swoje emocje, nie krzywdząc przy tym innych.

Dziecko potrzebuje przede wszystkim stabilnego dorosłego i jasnych, czytelnych granic. Dorosłego, który pokaże mu co jest właściwe, a co jest nieakceptowane. Potrzebuje modelowania prawidłowych zachowań w relacji z innymi ludźmi, które my dorośli możemy i powinniśmy mu pokazać. Dziecko potrzebuje jasnych, klarownych zasad pokojowego współżycia z innymi ludźmi i narzędzi do rozwiązywania konfliktów. Tutaj otwiera się kolejny szeroki temat, w jaki sposób mogę wesprzeć umiejętności komunikacyjne mojego dziecka? Jak dojść do dojrzałości oddzielania komunikatów "ja" od atakujących komunikatów "ty"? Jak nauczyć dziecko komunikować się na poziomie faktów i potrzeb, a nie emocji? Ale o tym innym razem.


BIBLIOGRAFIA

1. Kary i nagrody. Charaktery.

2. Kary i nagrody w procesie wychowania. Anna Gaworska. Wychowanie. 27 października 2017 r.

3. „Dyscyplina to nie fakt, ale droga.” Maria Montessori, Odkrycie dziecka

4. Faber Adele i Mazlish Elaine, Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak mówić, żeby dzieci do nas mówiły, Media Rodzina, Poznań, 1998.

5. Berendt Joanna, Sendor Magdalena, Dogadać się z dzieckiem. Coaching, empatia, rodzicielstwo, Co Ja Na To, Warszawa, 2013

6. Maria Montessori. Chłonny umysł.

15 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie